Co to jest ICO?

Kryptowaluty

ICO to skrót od angielskiego „initial coin offering”, czyli początkowa oferta monety. W praktyce chodziło o stworzenie cyfrowych tokenów i sprzedanie ich pierwszym chętnym, zwykle zanim projekt w ogóle powstał. Piszemy o tym w czasie przeszłym nie bez powodu.


Szczyt tej mody przypadł na lata 2017 i 2018. Potem przyszły zatrzymania ze strony amerykańskiego regulatora, kolejne projekty okazywały się oszustwem, a chętnych na kupowanie tokenów z prezentacji gwałtownie ubyło. Tokeny płaciło się wtedy najczęściej bitcoinem albo Etherem. Poniżej opisujemy, jak to działało, bo mechanika wróciła w nowszych formach zbiórek.

Dlaczego ludzie kupowali tokeny w ICO?

  1. Token miał dawać właścicielowi jakąś korzyść, na przykład udział w zyskach projektu albo dostęp do usługi.
  2. Przy udanym projekcie dało się zarobić bardzo duże pieniądze, w pojedynczych przypadkach nawet tysiące procent w skali roku.
  3. Na starcie tokeny sprzedawano stosunkowo tanio, zanim rosnący popyt podniósł ich cenę.

Udane projekty trafiały na giełdy i cena tokena zwykle mocno wtedy rosła. Od momentu wejścia na giełdę nikt już nie mówił o ICO, tylko o normalnej kryptowalucie.

Dlaczego inwestowanie w ICO było tak ryzykowne?

  1. Większość projektów ICO nigdy się nie przebiła i nie przyniosła zysku.
  2. Część powstawała wyłącznie po to, żeby wyciągnąć od ludzi pieniądze, bez żadnej wartości dodanej.
  3. Jeżeli token nie trafił na giełdę, prawdopodobnie nie dało się go już nikomu sprzedać.
  4. Nikt nie gwarantował, że projekt zostanie dokończony.
  5. Cena tokenów potrafiła zmieniać się o kilkadziesiąt procent w ciągu dnia.
  6. ICO nie dawało żadnych gwarancji i nie obejmowała go ochrona konsumenta.
  7. Niepewna przyszłość, czyli ryzyko interwencji albo zablokowania projektu przez organy nadzoru.

Co zyskiwał właściciel projektu ICO?

  1. Pieniądze na rozwój projektu.
  2. Nowych użytkowników, którzy uczestniczyli w testowaniu systemu.
  3. Możliwość zaoferowania usługi, udziałów w zysku albo części tokenów.

Co mógł stracić właściciel?

W niestabilnym otoczeniu prawnym łatwo było o sytuację, w której projekt blokował organ nadzoru. Twórca tracił wtedy projekt, mógł dostać karę finansową, a w skrajnych przypadkach odpowiadał karnie. Kilka głośnych zbiórek z tamtych lat skończyło się procesami i wieloletnimi wyrokami.

Tyle o ICO w wersji z lat 2017 i 2018. Zostaje pytanie, skąd nowe projekty biorą pieniądze dzisiaj, bo same zbiórki nie zniknęły. Zmieniła się tylko ich forma.

  • IEO (Initial Exchange Offering): sprzedaż tokenów bezpośrednio przez giełdę i jej launchpad, na przykład Binance albo MEXC. Giełda przynajmniej pobieżnie sprawdza projekt, co daje inwestorowi trochę więcej pewności.
  • IDO (Initial DEX Offering): sprzedaż przez giełdy zdecentralizowane, bez pośrednika. Szybciej i bardziej otwarcie, ale też bardziej ryzykownie.
  • Kapitał venture: finansowanie z funduszy inwestycyjnych jeszcze zanim token trafi do publicznej sprzedaży. Drobny inwestor kupuje wtedy od tych, którzy weszli wcześniej i taniej.
  • Airdrop: rozdanie tokenów za darmo, zwykle jako nagroda dla aktywnych użytkowników sieci albo sposób na rozgłos.

Zmieniła się też strona prawna. W Unii Europejskiej publiczne oferty tokenów podlegają dziś przepisom MiCA, a kto chce oferować token szerokiej publiczności, musi zwykle opublikować whitepaper z konkretnymi informacjami o projekcie. Rynek nie jest więc tak dziki jak w czasach pierwszego boomu.

Dodamy jednak jedno zastrzeżenie. Licencja i whitepaper nie robią z nowego tokena bezpiecznej inwestycji. Większość projektów i tak nie utrzyma się na rynku, a wpłacone pieniądze można stracić w całości. Traktowałbym takie zbiórki jako najbardziej spekulacyjną część portfela, jeśli w ogóle mają w nim być.

Co to jest ICO?

Mogłoby cię zainteresować:

Scroll to top